Monika Kowaleczko-Szumowska – wywiad dla CzytamyRazem.pl

Co było pierwsze: pomysł książki dla dzieci o Powstaniu Warszawskim czy historie zasłyszane dzięki Archiwum Akt Mówionych w Muzeum Powstania?

Najpierw zaczęłam pracę w Muzeum Powstania jako tłumacz. W pewnym momencie, nie pamiętam już dokładnie przy jakiej okazji, natrafiłam na Archiwum Historii Mówionych. Kiedy dojrzałam do napisania książki o powstaniu, wiedziałam gdzie szukać niezwykłych historii.

Jak długi czas upłynął od wysłuchania relacji z Archiwum do ukończenia tekstów Fajnej Ferajny i Galopu ’44?

Nie wysłuchałam ani nie przeczytałam wszystkich relacji, ponieważ jest ich kilka tysięcy. Czytam je wybiórczo. Wpisuję w wyszukiwarkę Archiwum interesujący mnie temat lub postać i sprawdzam, co kto na ten temat mówi. W Muzeum pracuję już dobrych kilka lat, zdaje się, że prawie 10. O Archiwum dowiedziałam się pewnie zaraz na początku mojej styczności z Muzeum, więc od kilku lat przeglądam te relacje, ale najbardziej intensywnie korzystałam z nich oczywiście podczas pisania Ferajny i Galopu.

M_Kowaleczko-Szumowska2

Książki powstały z „tęsknoty do rzeczy wielkich”?

To bardzo trafne spostrzeżenie. Tak, uważam, że ludzie, szczególnie w młodości, tęsknią do rzeczy wielkich i rozumieją tę tęsknotę. Szukają ideałów, wielkich spraw, w które mogliby się zaangażować, buntują się, odrzucają istniejący porządek i chcą budować świat od nowa.

Jako mama widzę, że zarówno braterskie relacje Michała i Wojtka, bohaterów Galopu, jak i ich nastoletni świat zna Pani z codziennego doświadczenia. Galop powstawał w jakiejś mierze dla Pani synów / w wyniku rozmów z nimi o historii?

Galop to moja, mówiąc żartobliwie, zemsta na nich. U nas w domu, ja mam swój pokój na górze, a na dole szaleją oni. Grają na pianinie. Mikołaj zawsze uderza obok właściwego dźwięku. Wojtek zawsze jest głodny i nie cierpi, kiedy nie ma obiadu. Ja się staram pisać o wielkich sprawach, a oni mnie sprowadzają do rzeczywistości, wrzeszczą, kłócą się, wpadają do mnie na górę.

Tak się stało, że świat powstańczy i codzienność zaczęły się w moim życiu przeplatać i mieszać. I w końcu patrząc na moich synów doszłam do wniosku, że oni są tacy sami jak tamci chłopcy. I postanowiłam ich wstawić do tamtego świata i zobaczyć, jak się zachowają.

Podczas pisania i kręcenia Ferajny świat powstańczy wkroczył do naszej codzienności na dobre. W Ferajnę zaangażowani byli już wszyscy domownicy. Wojtek był świetnym kierowcą i opiekunem psa Halusi, Melki, razem z Mikołajem pomagali na planie filmowym, Marysia, moja córka była asystentką produkcji, Zosia, najmłodsza córka grała w Ferajnie ze swoimi braćmi stryjecznymi, a bez mojego męża filmu by nie było, bo to on pomógł nam uzyskać pieniądze.

Dziadek pełniący szczególną rolę zarówno w samej powieści (Galop ’44), jak i w Muzeum Powstania, ma swój pierwowzór w rzeczywistości?

Takich ludzi, jak „dziadek” spotykam w Muzeum bardzo wielu. Przychodzą do pokoju kombatanta, można ich spotkać w czasie różnych uroczystości. Czasem spotykam ich też na mieście, na przykład raz w Ogrodzie Saskim poznałam pana, który walczył w pasażu Simonsa. Nie posuwają się jednak do „rękoczynów”, jak w Galopie. Ale nie mogłabym wskazać jednej osoby, pierwowzoru dziadka, tak jak na przykład mogłabym w przypadku taksówkarza, który wiezie Mikołaja i Wojtka do domu z Muzeum, czy Proroka.

Jak rodziły się decyzje o umieszczeniu w fabule Galopu autentycznych postaci, np. Anody?

Trudno mi mówić o decyzjach, oni sami się wepchnęli… Serio. Galop jest w dużej mierze ograniczony do Śródmieścia, choć pojawia się w nim i Starówka i Czerniaków. Więc brałam tych, którzy w czasie Powstania tam walczyli. Ale to też nie do końca jest prawda, bo jak się dowiedziałam, że Henryk Poznański „Bystry” zginął na Czerniakowie, to wysłałam Wojtka na Czerniaków. Koniecznie chciałam też, żeby Wojtek poznał „Włada”, więc musiał zanieść broń do pasażu Simonsa na Starówce. Więc może jednak klucz był taki, że brałam te osoby, które mnie zafascynowały i dopasowywałam do nich akcję?

Jeśli chodzi o Anodę, to jest to dla mnie jedna z najtragiczniejszych postaci tego okresu. Pełen życia, szalony, spontaniczny, zdeterminowany, odważny. Uratowany z Powstania i zamordowany w powojennej Polsce. Bardzo trudno mi się z tym pogodzić. I chyba nie była to ostatnia książka, w której go umieszczę.

Czy w Fajnej Ferajnie albo w Galopie w pierwotnej wersji znajdowały się fragmenty, o których po pierwszej lekturze ktoś powiedział Pani: „tego nie umieszczaj”?

Tak, były. Na pewno w dwóch przypadkach takie miejsca zostawiłam. Ale w innych zmieniałam. Uwagi co do stylu też były. Takie uwagi zwykle akceptuję. Bardzo cenię sobie komentarze redaktorskie i osób, które proszę o przeczytanie książki przed wydaniem.

Kto jako pierwszy czytał obie książki po ostatniej kropce?

Rodzina. Wszyscy po kolei. Najpierw mąż, potem dzieci. Lubię patrzeć, jak czytają. W każdym razie lubię być wtedy gdzieś blisko i obserwować ich reakcje. Każdy może wprowadzać swoje zmiany. Proszę ich też, żeby zaznaczali to, co uważają za dobre. I gadam do nich bezustannie na ten temat i nie daję im spokoju. Zresztą oni nie czytają po ostatniej kropce. Galop dałam im do przeczytania, kiedy napisałam mniej więcej do połowy. Potem bardzo często książki daję do przeczytania koleżankom z pracy mojego męża. Bardzo im ufam w tej kwestii…

W obu tych opowieściach o Powstaniu, pisanych dla czytelników o zróżnicowanym wieku, uderza mnie niezwykle umiejętne połączenie wielkości i przystępności. Jak pracowała Pani nad ich tekstami – zmieniając słowa? Wykreślając to, co mogłoby być tak podniosłe, że aż trudne do przyjęcia dla odbiorcy?

To bardzo dobre pytanie, ale trudno mi na nie odpowiedzieć. Ferajnie ton nadają relacje z Archiwum, które takie właśnie są – opowiedziane prosto i jasno, bez górnolotnych słów. One łapią za serce, bo mówią o rzeczach bardzo ważnych, bardzo prostym językiem. Jestem też wdzięczna powstańcom za humor, z jakim o Powstaniu potrafią opowiadać. W Ferajnie nie musiałam dużo zmieniać. Tylko taki ton utrzymać. W Galopie musiałam się starać nie popaść w moralizatorskie tony i pisać tak, żeby nie nadwerężyć cierpliwości młodego czytelnika. Może taka zasada: im bardziej wzniosła chwila tym mniej górnolotny język? No i kluczowe momenty testuję na rodzinie i znajomych. Patrzę, czy łzawią im oczy. Jeśli Wojtek mówi, że się wzruszył to wiem, że scena jest OK. Galop czytał w samochodzie pod moim okiem. Patrzyłam, w których momentach przerywa, kiedy odkłada kartki. Bardzo się martwię, jeśli ktoś nie przeczyta od deski do deski za jednym zamachem, chociaż wiem, że to często niemożliwe.

Jak rozmawiać z dziećmi o „rzeczach wielkich”? Jaką rolę podczas takich rozmów może (powinien) pełnić tekst literacki?

Ja myślę, że rozmawiać należy zawsze szczerze. Przede wszystkim o rzeczach wielkich. Unikałabym tonów moralizatorskich i wszechwiedzących. Unikałabym rozmów z pozycji osoby, która wie lepiej. Warto posłuchać, co dziecko ma do powiedzenia. Oczywiście super jest czytać te same książki, ponieważ wtedy interesujące dyskusje można prowadzić bez końca.

Jakie są Pani doświadczenia rozmów z dziećmi (swoimi i tymi, z którymi się Pani spotyka) na temat Powstania Warszawskiego?

Dzieci w szkołach podstawowych wiedzą dużo na temat Powstania. I bardzo dużo chcą się dowiedzieć. Lubią słuchać powstańczych historii. Oczywiście zdarzają się lepsze i gorsze spotkania, ale ja jestem bardzo podniesiona na duchu. Dzieci w podstawówce generalnie wiedzą nawet, że Powstanie Warszawskie wymierzone było militarnie przeciw Niemcom a politycznie przeciw Sowietom. W przypadku Galopu spotykałam się z gimnazjalistami i muszę powiedzieć, że też bardzo lubię te spotkania. Rozmowy z nimi są bardzo ciekawe, choć czasem trudne. Gimnazjaliści są szczerzy w swoich przekonaniach i bardzo bezpośredni.

M_Kowaleczko-Szumowska1

Współpracując z Muzeum Powstania Warszawskiego na co dzień doskonale znała Pani powstańcze realia. Obie książki powstawały wyłącznie w oparciu o Pani dotychczasową wiedzę, czy też sięgała Pani do dodatkowych źródeł? (Jeśli zechciałaby Pani wymienić kilka tytułów, po które może sięgnąć nie-specjalista, byłabym wdzięczna :) )

Korzystałam z Wielkiej Ilustrowanej Encyklopedii Powstania Warszawskiego czy serii Warszawskie Termopile 1944 Fundacji „Wystawa Warszawa Walczy 1939-1945”. Ta ostatnia została wydana w podziale na dzielnice i to jest bardzo pomocne. Oczywiście szukałam informacji również w Powstaniu’44 Normana Davisa.

Czy i jak zmieniało się Pani postrzeganie Powstania Warszawskiego w trakcie współpracy z Muzeum Powstania?

Przeżyłam kryzys podczas prac nad wystawą o sensie powstania. Ciężko mi było przyjąć, że jest wiele argumentów, które przemawiają przeciwko decyzji o wybuchu Powstania. Nadal jednak nie należę do osób, które uważają, że Powstanie nie powinno było wybuchnąć. Nie ma to jednak wpływu na mój stosunek do Powstańców, których podziwiam. I od których bardzo dużo się uczę. I których historie uwielbiam.

Jak wprowadza(ła) Pani swoje dzieci w świat literatury?

Czytaliśmy razem. Ja czytałam dzieciom, chociaż często zasypiałam w trakcie bajek. Mój mąż dużo czytał dzieciom, każdemu całego Władcę Pierścieni, wszystkie tomy. Dziadek czytał im na wakacjach. Nadal zdarza się, że czytamy te same książki, na przykład ostatnio Cień wiatru.

Zdarzyło się Pani powiedzieć swojemu dziecku o jakiejś książce: „nie czytaj tego”?

Nigdy nie zabroniłam im czegoś czytać, ale pamiętam jak wyrzuciłam Legendy Polskie, bo tam była taka straszna legenda o Sinobrodym, której sama się bałam. Przez pewien czas polemizowałam z ich entuzjazmem do Kaczora Donalda, ale musiałam dać za wygraną.

Uwaga – będzie patetycznie ;) W sytuacjach codziennych wyborów albo decyzji trudnych dla dzieci zdarza się Pani powoływać na odwagę, wytrwałość albo altruizm małych powstańców?

Chyba tak, szczególnie, że to dla nas bardzo bliscy ludzie. Ale oprócz mojej najmłodszej córki, moje dzieci nie są już w wieku małych powstańców.

Tekst związany z Powstaniem Warszawskim (czytany, tłumaczony, tworzony), który najgłębiej zapisał się Pani w pamięci?

Te, które wstrząsnęły mną najbardziej:

Wspomnienia Mathiasa Shenka, który jako osiemnastoletni chłopak tłumił Powstanie po stronie niemieckiej w Kompanii Dirlewangera.

Wspomnienia Ukraińców, którzy walczyli w Powstaniu po stronie niemieckiej.

Listy polskich dzieci do Stalina z prośbą o uwolnienie ojca z Katynia, wysyłane z Syberii już po zbrodni katyńskiej.

Bardzo dziękuję za ten wywiad, a czytelników gorąco zachęcam do lektury obu powieści Pani Moniki :)

Autorem zamieszczonych zdjęć jest Tomasz Stankiewicz.

Udostępnij na Facebooku
One comment to “Monika Kowaleczko-Szumowska – wywiad dla CzytamyRazem.pl”
  1. Kolejny wywiad, który przeczytałam i jestem zachwycona. Książki, mimo że nie jestem dzieckiem, dopisuję do osobistej listy książek do przeczytania (mam wrażenie, że życia mi nie starczy). A wywiad ciekawy, pytania mądre. Temat Powstania jest wciąż aktualny i myślę tak, jak pani Monika, że bez względu na to co kto uważa na temat samego wybuchu powstania, to Powstańcy są absolutnie osobami, którym należy się szacunek i które mogą być dla każdego inspiracją, jeśli chodzi o siłę charakteru i postawę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *