Dziesięć książek…

Informacja dla potomnych, czytających ten wpis w kolejnej epoce: dawno, dawno temu, w czasach, gdy wirtualne spotkania odbywały się w takich serwisach jak facebook, twitter, instagram, pinterest czy nasza klasa, powstała zabawa polegająca na nominowaniu kolejnych osób do wypełnienia konkretnego zadania. Był to rok 2014.

Wśród wielu odmian takich nominacji znalazła się i ta, polegająca na podzieleniu się listą dziesięciu książek, które dla danego użytkownika były najciekawsze/najważniejsze/najbardziej zapadające w pamięć.

Ponieważ i ja zostałam do tej zabawy nominowana, niniejszym tworzę (niczego wcześniej nie spisywałam i nie przygotowywałam) listę tych książek, które do dziś – z różnych powodów – pamiętam jako dobre:

  • Hanna Ożogowska: Tajemnica zielonej pieczęci – zaczytana przeze mnie do niemożliwości, uwielbiana nawet z wypadającymi (bo klejonymi) kartkami i pozaginaną okładką. Bawiła mnie i wciągała od nowa podczas każdej kolejnej lektury. Jeśli po jakąkolwiek inną książkę sięgałam po raz drugi i następne, moja Mama zwykła mawiać, że to następczyni Tajemnicy
  • Joanna Chmielewska: Wszystko czerwone – w szkole średniej miałam „etap Chmielewskiej”, ale chyba przy żadnej innej książce nie śmiałam się tak głośno i serdecznie, jak przy tej. Potrafiłam w nieskończoność powtarzać dialogi bohaterów mimo braku kontekstu i niezrozumienia w oczach Rodziców dla mojego kolejnego wybuchu niepohamowanego śmiechu.
  • Narnia – nie znałam jej jako dziecko i w dorosłym życiu trudno było mi zrozumieć zachwyt innych. Pierwsza część przeleżała wiele lat w moim domu, ale każde podejście do tej dziwnej szafy kończyło się rozczarowaniem. Na tamten czas po prostu nie była dla mnie. Odkryłam ją zaledwie kilka lat temu, jako mama i już wiem, że są takie książki dla dzieci, do których dojrzewa się latami. I są takie książki, które – choć najpiękniejsze i z wielkim przesłaniem – mogą być „dla nas” nie wtedy, gdy chcą tego inni, ale wtedy, gdy my sami je odkryjemy.
  • Ivo Andrić: Most na Drinie – o pisarzu nie dowiedziałabym się chyba nigdy, gdyby nie studia na filologii chorwackiej. Nie pamiętam fabuły, kontekstu politycznego, pamiętam za to język – piękny, staranny i wielowarstwowy. Lektura tej książki nauczyła mnie, czym jest praca tłumacza. Nie, nie tłumaczyłam z oryginału – na pierwszym roku byłaby to zapewne dość toporna praca – ale uderzyła mnie odpowiedzialność za słowo tego, kto z obcego dla czytelników języka układa obrazy zrozumiałe nie tylko w warstwie dosłownej.
  • Anna Kamieńska: Notatnik – ależ to był dla mnie wstrząs! Tak pisać, tak nazywać potrafiła tylko ona. Nikt przed nią i nikt po niej.
  • Markus Zusak: Złodziejka książek – słowo jest po to, by nazywać, ale mistrzem słowa jest ten, kto potrafi w nim ukryć znaczenia wymykające się językowi, przeznaczone nie do nazywania, tylko do odczuwania. I tak czytałam Złodziejkę
  • Agnieszka Grzelak: Cykl Blask Corredo – to było dotknięcie Dobra.
  • Daniel Ange: Zraniony Pasterz – to była jedna z tych książek, które wzięłam do ręki dokładnie wtedy, gdy byłam na nią gotowa.
  • Sławomir Mrożek: Baltazar. Autobiografia – to było zaskoczenie. Nie spodziewałam się takiego Mrożka.
  • Tolkien: Władca pierścieni – pamiętam, że razem z bohaterami przemierzałam wszystkie trudy, doliny, otchłanie,  pytałam, szukałam i walczyłam – oni na kartach powieści, a ja – wtedy – wewnątrz siebie.

I zadumałam się, wspominając książki, które na różnych etapach życia były towarzyszami moich wędrówek :) Wszystkie prze-czytałam i ich oddziaływanie na mnie się skończyło. Jest też Księga, którą jak dotąd ciągle czytam… Ufam, że Słowa w niej zapisane wypełniają we mnie swoje posłannictwo…

Udostępnij na Facebooku
8 comments to “Dziesięć książek…”
  1. Uff, przepraszam za opóźnienie, ale to był ciężki orzech do zgryzienia – im dłużej myślałam, tym więcej książek mi się przypominało; selekcja była brutalna. Oto ostateczna lista – chyba cokolwieczek przerażająca ze względu na rozrzut; procentowy udział pozycji ze spisu lektur szkolnych być może zdradza polonistę (zawodowo nieczynnego. ale nieuleczalnego mentalnie ;)) – kolejność bez znaczenia:

    1. Dżuma, Albert Camus – przeczytana w liceum była jedną z tych lektur, które odcisnęły na mnie silne piętno; długo myślałam o tej książce i dzięki niej zaczęło mi się klarować kilka istotnych kwestii etycznych;
    2. Narnia, C.S. Lewis – przeczytałam ją dość wcześnie, zawsze lubiłam do niej wracać. Kochałam ten świat, łatwo mi było identyfikować się z bohaterami, no i Lew Aslan – pamiętam, z jaką przyjemnością na własny rachunek odkrywałam analogie między światem powieści a chrześcijaństwem, i tym bardziej się zachwycałam;
    3. Tajemniczy ogród, F. H. Burnett – egzemplarz otrzymany w dzieciństwie zaczytany na śmierć;
    5. Trylogia ze szczególnym uwzględnieniem Pana Wołodyjowskiego, Henryk Sienkiewicz – przeczytałam w podstawówce; esej Gombrowicza o Sienkiewiczu przeczytałam na studiach i zgodziłam się z nim w stu procentach, ale już było za późno, już byłam zaszpuntowana; mały rycerz i jego wąsiki stali się częścią Arkadii mojego dzieciństwa i żadna ludzka czy nieludzka siła nie jest w stanie ich usunąć. Henryk, ty producencie powieści, ty straszny manipulatorze i graczu na emocjach – uszło ci to na sucho!
    6. Szaleństwa panny Ewy, Kornel Makuszyński – ach ta przedwojenna niewinność i kokardy! Przez lata „mówiłam” Makuszyńskim, uwielbiałam jego powiedzonka i poczucie humoru;
    7. Zbrodnia i kara, Fiodor Dostojewski – poruszyła podobne pokłady, co Dżuma; zbrodnia, wina, poświęcenie i odkupienie – przeżywałam tę książkę długo i mocno;
    8. Poezje, Halina Poświatowska – pierwszy autentyczny zachwyt poezją i kształtem kobiecości w niej zapisanym;
    9. Obsoletki, Justyna Bargielska – czytałam z opadniętą z hukiem szczęką – wstrząsające pod względem oglądu i opisu rzeczywistości. Językowo mnie rozniosło :)
    10. Skandal miłosierdzia, bp Grzegorz Ryś – i znów muszę użyć tego słowa; nie lubię go nadużywać, ale nie znalazłam innego adekwatnego: wstrząsająca. Nie sądziłam, że po tylu latach formacji (formatowania? :)) i tylu przeróżnych konferencjach, rekolekcjach i lekturach duchowych jakaś książka jest w stanie do tego stopnia mnie zadziwić i pokazać mi moją wiarę z tak nowego punktu widzenia. Oby jak najdłużej we mnie rezonowała.

    No i koniec listy, a tyle jeszcze chciałam zmieścić! Wciskam „opublikuj”, bo jeszcze mnie skusi, żeby coś zmienić.

  2. O rety, ja nie umiem liczyć do dziesięciu! Co za wstyd… Dlatego nie zmieścił mi się –

    4. Pan Tadeusz, Adam Mickiewicz – język, melodia i – a co tam, niech się śmieją – miłość do Ojczyzny…

    No teraz już chyba koniec naprawdę!

  3. Dziękuję Olu! :) Zapisuję do poszukania (uwielbiam te wędrówki biblioteczne…) dwie ostatnie (Skandal miłosierdzia i Obsoletki), których nie znałam. Powinnam je, jak sądzę, czytać niekoniecznie tuż po sobie… a może właśnie tak…?

    • Oj, bardzo niekoniecznie! Każda z tych książek była dla mnie poruszająca z zupełnie innego powodu. Bargielską się zachwycałam ze względu na jej przenikliwość i właśnie taki tnący jak brzytwa (choć i niestroniący od dosadności) język. Nieraz poglądowo sięz nią rozjeżdżałam. Lektura bpa Rysia była dla mnie natomiast objawieniem duchowym – miałam poczucie, że czytam słowa prorockie, przez które spogląda na mnie Jezus – i ja sama, jakaś taka… prawdziwsza? Nie jestem pewna, czy spodoba Ci się Bargielska, ale „Skandal miłosierdzia” przeczytaj koniecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *