Co zrobisz, gdy dziecko przyniesie ze szkoły materiały reklamowe?

Zdjęcie: sxc.huNasze dziecko przyniosło do domu cienką książeczkę – właściwie bardziej zeszyt ćwiczeń niż książkę do czytania. Okazało się, że to pierwsza z dziesięciu części w ramach… powiedzmy edukacji finansowej.

Oczywiście zaczęłam to dokładnie oglądać – skoro uczeń otrzymuje takie materiały za darmo, wydawca czy sponsor musi liczyć na znacznie większe zyski niż zapłata w formie powszechnie stosowanych środków płatniczych.

Tak, żółte gwiazdki na granatowym tle – świadomość, że cokolwiek zostało sfinansowane ze środków unijnych sprawia raczej, że moje zaufanie maleje, a czujność – wzrasta.

Dalej – logo każdej z zaangażowanych instytucji. Bank, ubezpieczyciel i fundacja. Tę ostatnią sprawdziłam najpierw.

Oto sposób, w jaki przeróżne firmy docierają do dzieci (i ich rodziców) za pomocą „pomocniczych książeczek”, „przewodników” czy innych materiałów quasi-dydaktycznych.

Pod pozorem szczytnych celów, czyli edukowania najmłodszych w zakresie zdrowia, bezpieczeństwa, właściwych zachowań itd. firmy wkraczają do placówek edukacyjnych z rozbudowanymi programami obejmującymi materiały dla nauczycieli, dla uczniów, a czasem także dla rodziców – ale te zwykle już na stronie internetowej i… po zalogowaniu (!)

Przeglądając książkę, od której zaczęłam, stwierdziłam, że nie ma w niej żadnych nowych rzeczy poza tymi, które uczniowie już na lekcjach poznali, korzystając z informacji zawartych w pakietach podręczników.

Gwiazdka z informacją, że materiał wykracza poza podstawę programową, widniała tylko przy poleceniu dotyczącym wskazania monet potrzebnych do zapłacenia danej sumy także groszami (oprócz złotówek). Wow – niesamowite rozszerzenie.

Cóż, przyjęłam, że tych książeczek będzie więcej – czy z czasem rzeczywiście pojawią się w nich treści, których nauczyciel naprawdę nie mógłby zrealizować bez ich pomocy – zobaczymy.

Co mnie denerwuje? Budowanie w dzieciach połączenia: logo firmy – przydatne informacje: znam, ufam. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że takie skojarzenia będą się w dziecięcych umysłach pojawiać w miarę korzystania z kolejnych części.

W zeszłym roku „przerabialiśmy” program dotyczący bezpieczeństwa na drodze, sponsorowany przez producenta środków spożywczych. Jak myślicie, jaką reakcję dziecka w sklepie wzbudzi widok znanej postaci bajkowej na tle i w barwach dokładnie takich, jak strona internetowa, na której wypełniało „test bezpieczeństwa”?

Dobrze – i co dalej? Nie mam złudzeń – nad tym zjawiskiem nie zapanuję, nie zatrzymam fali reklam wdzierających się w każdą szczelinę także dziecięcego świata. Zresztą, o czym tu mówić, skoro nawet niektórzy rodzice nie rozumieją mojego oburzenia z powodu konferencji – szkolenia uczącego przedstawicieli firm, jak docierać do najmłodszych…

Co zatem jako rodzice możemy i powinniśmy robić?

  • rozmawiać z dzieckiem na temat reklam w ogóle (oczywiście w sposób dostosowany do jego wieku),
  • jednoznacznie nazywać stosowane środki: skłonienie do zakupu, przekonywanie, wspominanie tylko o zaletach produktu,
  • wykorzystywać okazję do rozmowy na przykładzie konkretnej reklamy, jaka się dziecku podoba,
  • zwracać dziecku uwagę na skutki, jakie reklama ma wywoływać (odrealnienie, pragnienie osiągnięcia „ideału”) – możecie się posłużyć choćby fabułą Tajemnicy mostu Andrzeja Maleszki – to jedna z części Magicznego drzewa,
  • komentować reklamy produktów, które znamy z codziennego użytku – warto, aby dziecko słyszało naszą reakcję, choćby w formie stwierdzenia, że ten „doskonały preparat” wcale tak „doskonale” nie czyści,
  • pozwalać dziecku, aby było świadkiem wybierania przez nas poszczególnych produktów i porównywania ich – w ten sposób poznaje nasze motywacje wyboru i naszą „odporność” na reklamę też, (nie)stety,
  • uczyć dziecko świadomego poruszania się w tym „reklamowym świecie” – krytycznego myślenia, rozpoznawania zjawiska nakłaniania do zakupu, świadomości, że dla marek ono i rodzice są pożądanymi klientami.

Takie „dialogi przy okazji” prowadzimy z dziećmi od kilku lat. Okazji jest aż nadto. Jeśli dobrze pamiętam, pierwsza rozmowa była związana z ulotkami, jakie znalazłam w plecaku ucznia (wtedy) szkolnej zerówki…

Za jakiś czas może się okazać (a może już tak jest?), że i w grupie przedszkolnych trzylatków na taką rozmowę nie będzie za wcześnie.

Przygotuj się do niej – także dla siebie, aby wiedzieć, czy to jest czas tylko na rozmowę z dzieckiem, czy już na interwencję w placówce.

Udostępnij na Facebooku
4 comments to “Co zrobisz, gdy dziecko przyniesie ze szkoły materiały reklamowe?”
    • Może nie aż w takim stopniu, jak ty, ale już się powoli zaczyna od przedszkola różnego rodzaju ulotki, składki itd.

  1. Czasochłonne zajęcie, ale sprawdzałam każdą firmę z ulotki. Że nie wspomnę o „reklamie ulotkowej” podczas zebrań z rodzicami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *