Nie potrzebuję (kupować) książek

Tyle razy to „przerabiałam” – piękna, mądra, zachwycająca książka, którą „muszę mieć”. Dlaczego? Bo coś mi uświadomiła, coś we mnie zmieniła, coś dzięki niej odkryłam, skończyłam albo zaczęłam? Po co? Żeby jeszcze raz doświadczyć tego spotkania, przeżyć olśnienie, zachwycić się, że ktoś potrafił tak precyzyjnie nazwać to, co działo się we mnie?

Ile było takich książek w liceum, ile na studiach, gdy – paradoksalnie – ciągle brakowało mi czasu na czytanie? Ile było powieści, esejów, biografii, pozycji teoretycznoliterackich? Nie zliczę. Ile książek przeczytałam więcej niż jeden raz – tak od deski do deski?

Jedną. Jedną! A powody bynajmniej nie były wzniosłe. Po prostu zaśmiewałam się do łez przy Tajemnicy zielonej pieczęci Hanny Ożogowskiej. Jeśli dobrze pamiętam, było to pod koniec szkoły podstawowej.

Oznacza to ni mniej ni więcej, że od 16 lat ani razu nie wróciłam do już przeczytanej książki (mimo podejmowanych prób), choćby nie wiem jak mnie zachwyciła. A gromadziłam je cały czas, od liceum począwszy…

stare-ksiazki

To takie złudne, prawda? Nie wystarczy nam spotkanie z tekstem, chcemy go mieć. Mieć, trzymać, przekładać, cieszyć się własnością, chociaż tak naprawdę nigdy już nie doświadczymy tego, co towarzyszyło nam przy pierwszym spotkaniu z tymi właśnie słowami. Nigdy. Za miesiąc, za rok czy pięć lat będziemy przecież inni niż teraz. Wszystko będzie w nas inne: emocje, doświadczenia, marzenia, myśli…

W takim razie po co mi to złudzenie zachowywania siebie? Kogo i po co chcę zatrzymać? Co gromadzę, tworząc kolekcje woluminów na półkach?

A teraz z drugiej strony: czemu (komu) zabieram miejsce, budując te cudne rzędy w swoich szafkach czy biblioteczkach? Są cudne – pewnie że tak… Tworzą niesamowitą mozaikę moich wspomnień. Patrząc na ich grzbiety, mogłabym opowiedzieć swoją historię.

Ale przecież do nich nie wrócę – to, co najcenniejsze, już z nich zaczerpnęłam. Przeżyłam, odkryłam. Myśl, że może się to zdarzyć jeszcze raz, jest złudzeniem, bo ilekroć próbuję zaczynać je od nowa, widzę siebie sprzed lat. Siebie, którą już nie jestem.

Jestem tutaj, nie tam. Jestem sobą dzisiejszą, nie tamtą. To, co mogę dać moim dzieciom, jest we mnie.

Mogę pokazać im opowieści, które wywarły na mnie największe wrażenie, ale to do nich będzie należała ostateczna decyzja spotkania z nimi albo odrzucenia ich.

Niczego, co zewnętrzne, nie jestem w stanie naprawdę dać z całą wartością, jaką ma dla mnie. Mogę pokazać swoją drogę do odkrycia tej wartości – i to będzie coś, co naprawdę mogę przekazać.

PS. Powyższe, czarno-białe zdjęcie jest bardzo, bardzo przygnębiające – wiem. Ale z zewnątrz właśnie tak wyglądają próby gromadzenia przeżyć, wzruszeń i odkryć literackich. A ja nie chcę kolekcjonować złudzeń, chcę pokazywać drogę do dokonywania własnych odkryć:

ksiazki-okno

Udostępnij na Facebooku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *