Agnieszka Grzelak o cyklu „Blask Corredo” – wywiad dla CzytamyRazem.pl

Zdjęcie: Agnieszka GrzelakLektura opowieści tworzących cykl Blask Corredo Pani Agnieszki Grzelak była dla mnie jak podróż. Czytając, dotarłam do takich miejsc wewnątrz siebie, których nigdy bym nie odkryła, gdyby nie spotkanie ze Szklarką i jej rodziną. Kończąc pierwszą część zamarzyłam o wywiadzie, dzięki któremu mogłabym znaleźć się niejako „za kulisami” powstawania opowieści. Marzenie się spełniło – przed Wami wyjątkowy, nigdzie dotąd niepublikowany wywiad dla CzytamyRazem.pl ze zdjęciami Autorki.

 

Cykl Blask Corredo to długa, rozbudowana opowieść – czy Herbata szczęścia miała pozostać zakończoną historią, czy od razu zakładała Pani ciąg dalszy?

Herbata szczęścia była w ogóle moją pierwszą powieścią. Wcześniej pisałam tylko krótkie formy – bajki i opowiadania. Dość długo czekałam na werdykt wydawnictw i kiedy w końcu redakcja „Prószyński i ska” przyjęła książkę, tak mnie to uskrzydliło, że napisałam Córkę Szklarki. Do stworzenia kolejnych tomów zachęcił mnie wydawca twierdząc, że przydałby się dłuższy cykl.

Bardzo mnie dziś cieszy ta zachęta. Co było najważniejszą inspiracją do napisania cyklu – jakieś wydarzenie, rozmowa, chęć przekazania ważnego przesłania?

Pytania o inspirację są trudne, bo dla mnie proces powstawania książki jest zawsze niezwykle tajemniczy, a rezultat końcowy często zadziwia mnie samą. Jeśli chodzi o Herbatę szczęścia, to motywem przewodnim było napisanie takiej powieści, jaką sama chciałabym przeczytać – romantycznej fantastyki pozbawionej ociekających seksem, brutalnością czy okultyzmem scen. Coś dla wrażliwych kobiet poszukujących z coraz większą desperacją lektury, przy której mogłyby odpocząć. Ponieważ w tamtym czasie malowałam szybki na wewnętrznych drzwiach naszego domu, jakoś naturalnie „pojawiła mi się” postać malującej na szkle artystki.

Wyraźną inspiracją do napisania „Tajemnic Skyle” było obejrzenie płyty DVD z występami zespołu tańca irlandzkiego „Riverdance”. Precyzja idealnie zgranych kroków tancerzy i piękno muzyki wstrząsnęły mną do tego stopnia, że zaczynałam płakać już w momencie oglądania czołówki. Wtedy pomyślałam, że Mori musi tego doświadczyć.

Kiedy zaczynam powieść, raczej nie myślę o konkretnym przesłaniu. Chcę po prostu opowiedzieć pewną historię. Potem widzę, że gdzieś między wierszami przesłanie się pojawia. Najczęściej jest to chyba znaczenie piękna i sztuki w życiu oraz wartość szczerych, dobrych relacji.

Właśnie – relacje. Czytając Córkę Szklarki myślałam o tym, że bardzo chciałabym kiedyś umieć tak rozmawiać z moimi dziećmi, jak Thea z Mori, to dla mnie wręcz „lektura obowiązkowa” dla rodziców nastolatków. W jakim stopniu korzystała Pani z własnych doświadczeń jako prowadzącej i współprowadzącej spotkania z młodzieżą tworząc tę część? (mam tu na myśli zarówno Archipelag Skarbów, jak i prelekcje)

Córkę Szklarki pisałam bardzo szybko i prawie już nie pamiętam szczegółów tej części. Zauważyłam, że dość często to, co przeżywam na bieżąco w ten czy inny sposób przesącza się do książek. Jest więc możliwe, że zasady dobrej komunikacji, o których mówiłam na warsztatach, przeniknęły do relacji między Szklarką a Mori. Poza tym mam własne cztery córki i cały czas zależy mi na tym, żebyśmy miały ze sobą dobry i szczery kontakt.

Znalezieniu drogi do siebie nawzajem między Szklarką a Mori pomógł dar dostrzegania przez nią emocji jako barw otaczających rozmówcę. Bardzo zaintrygował mnie ten motyw. Czytając, myślałam wielokrotnie, o ile łatwiej byłoby w codziennych kontaktach móc po prostu zobaczyć, co dzieje się z naszym rozmówcą. Co było inspiracją do ukazania empatii właśnie w ten sposób?

To, że Mori widzi uczucia w postaci kolorów, jest jednym z pomysłów, który po prostu się „pojawił”. Nie potrafię powiedzieć skąd. Trudniej było potem, pisząc kolejne części, pamiętać jakiemu uczuciu odpowiada konkretna barwa.

Czytając, byłam pod ogromnym wrażeniem mnogości nazw roślin, zwłaszcza na wyspie Nut, a także języków, jakimi posługiwała się Mori Sedun – istniały jedynie w wyobraźni czy zostały zaczerpnięte z rzeczywistości?

Ponieważ akcja powieści rozgrywa się w świecie wymyślonym, nazwy roślin i języków są kreacjami wyobraźni. Wymyślanie nieistniejących roślin sprawiło mi wiele radości.

Nie mogę pominąć milczeniem Instruktorek, choć to wyjątkowo niesympatyczne i złośliwe postaci. Skąd pomysł na utworzenie ich? Trochę przywodziły mi na myśl jakąś część nas samych, która każe nam w każdej sytuacji zachowywać dystans, powściągliwość i umiar.

Postacie Instruktorek ewoluowały w trakcie powstawania powieści. Początkowo były symbolem osób, które mając wpływ na wychowanie dziecka stosują manipulację i presję, stanowiące obciążający bagaż na całe życie i uniemożliwiające dokonywanie wolnych wyborów. W miarę rozwijania się dziejów Szklarki, coraz bardziej „ukonkretniała się” wizja samych Instruktorek i zła do jakiego są zdolne.

Corredo to miejsce, w którym bohaterki nie tyle „przebywają”, bo są to krótkie i intensywne chwile, ile go doświadczają, tęsknią za nim, czują swoją przynależność. Jest jak kraina Aslana – czy to już symbolika… raju?

Raj kojarzy mi się z miejscem, do którego trafiamy po śmierci, a ja chciałam stworzyć krainę, do której czasem można się wślizgnąć jeszcze za życia. Krainę, do której przynależność się wyczuwa i której „dary” obecne są zwykłym życiu (tak jak różne „dary” mieszkańców z wyspy Skyle). Świadoma jestem, że Corredo może kojarzyć się z rajem czy krainą Aslana. Myślę, że każdy może to miejsce zapełnić własnymi marzeniami.

Czyli naszym Corredo może być zamiłowanie do czegoś, pielęgnowanie i rozwijanie zdolności – taki czas, kiedy czujemy, że „jesteśmy w innym wymiarze”?

Wolałabym chyba nie precyzować czym jest Corredo. Nawet dla mnie jest tajemnicą. Prawie każdy nosi w sobie jakąś krainę marzeń i dla każdego wygląda ona inaczej. Nawet trudno ją sobie wyobrazić ze szczegółami – jest to raczej przeczucie miejsca, które z jednej strony przerasta nasze oczekiwania, a z drugiej strony czujemy, że „to jest to”, „zawsze o tym marzyłam” czy „tu należę”.

Szkoła LaOry to wymarzona „szkoła idealna”, pomagająca w rozwijaniu zdolności, czy miejsce, które miało swój pierwowzór?

Szkoła LaOry jest wytworem wyobraźni, ale myślę, że korzenie jej powstania tkwią w lekturach z dzieciństwa. Mam tu na myśli książki dla dziewcząt z kręgu kultury anglosaskiej: Mała Księżniczka, Tajemniczy opiekun, jakieś części Ani z Zielonego Wzgórza (chyba Ania z Szumiących Topoli) i wiele innych, które choć umykają pamięci, pozostawiły po sobie tajemniczy klimat szkół z internatem, do których uczęszczały panienki z dobrych domów. To był fascynujący świat tak inny od siermiężnej rzeczywistości PRL-u będącej tłem mojego dzieciństwa i młodości.

Moja ukochana Anna Kamieńska napisała kiedyś, że każdy tekst twórca pisze sobą; trudno mówić o dystansie, gdy materią jest własne życie. Jakie jest Pani zdanie w odniesieniu do Blasku Corredo i jego bohaterów?

Zdjęcie: Agnieszka GrzelakKto zna mnie osobiście, ten rozpozna w postaci Szklarki mnóstwo moich cech. Kiedy nasze dzieci czytały Herbatę szczęścia, mówiły: „Mamusiu, Szklarka jest taka podobna do ciebie!” Łatwiej mi było stworzyć prawdziwego bohatera, rozumiejąc co czuje w różnych sytuacjach i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. W miarę pisania kolejnych części nabierałam doświadczenia w tworzeniu wielu odmiennych postaci i już nie musiałam tak bardzo czerpać z własnych doświadczeń. Nadal jednak obdarzam moimi cechami różnych  bohaterów, czasem obciążam ich także moimi lękami.

Pisząc książki wykorzystuję (często podświadomie) wiedzę nabytą podczas warsztatów umiejętności wychowawczych, zwłaszcza tę dotyczącą uczuć i granic. Ciągle się przekonuję, że akceptacja uczuć, zarówno własnych, jak i drugiej osoby jest podstawą dobrego kontaktu z ludźmi.

Z całego cyklu Blask Corredo przebija też moje zamiłowanie do wszelkiego rodzaju twórczości, do malarstwa, rękodzieła, tańca i muzyki. Ciągle coś wytwarzam: maluję, szydełkuję czy haftuję, więc robią to także moje bohaterki. Do tego dochodzi moje zamiłowanie do kwiatów – posiadłość Tarben jest spełnieniem moich marzeń o idealnym ogrodzie, gdzie kwiaty kwitną niemal bez przerwy i gdzie nie trzeba wyczekiwać cały rok na tulipany czy azalie.

I jeszcze Scieżki Avenidów – cudowny obraz wędrówek dosłownie wewnątrz czytanych książek. Czułam się Avenidką. Jak powstawała ta część, jak rodziło się wyobrażenie tych wypraw?

Wymyślając krainę Avenidów napotkałam na wiele trudności. Chciałam, żeby moi bohaterowie mogli „wchodzić do książek”, ale nie miałam pojęcia jak zrobić, żeby było to spójne i wewnętrznie logiczne. Wtedy pojawił się pomysł korytarzy oddzielających poszczególne książki, potem pomysł samego miasta Avenidów i jego mieszkańców. Był to chyba najtrudniejszy do wymyślenia „świat” w całym cyklu.

Dla mnie najbardziej fascynujący! Gdyby mogła się Pani znaleźć we wnętrzu swoich ukochanych książek, byłyby to…

To bardzo trudne pytanie, bo we wnętrzu wielu ulubionych książek wcale nie chciałabym się znaleźć. Działy się tam rzeczy straszne i niebezpieczne (a podejrzewam, że urządzenia sanitarne też były w opłakanym stanie lub wcale nie istniały :)). Od razu zaczynam myśleć praktycznie i biorę pod uwagę moją silną potrzebę bezpieczeństwa. Nie wybrałabym się więc do krain stworzonych przez Tolkiena i Lewisa, chociaż obaj ci autorzy wywarli na mnie duży wpływ.  Bardzo lubię ciętą satyrę Terry’go Pratchetta i stworzony przez niego Świat Dysku, ale tam też nie czułabym się zbyt komfortowo. Wybór pada więc na spokojne Avonlea na Wyspie Księcia Edwarda lub na rozległe angielskie posiadłości, ze wspaniale utrzymanymi ogrodami i wygodnymi, pełnymi historycznych pamiątek rezydencjami (określanymi mianem „manor”) w których wiodą dość ustabilizowany żywot bohaterki Jane Austen:)

Serdecznie dziękuję za wywiad, jakiego zgodziła się Pani udzielić dla Czytelników bloga Czytamy Razem.

Udostępnij na Facebooku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *