Monika Warneńska: Drzewo sprawiedliwości

Dwie kobiety, jedno dziecko, jedno miasto, jedna decyzja… Chciałam tylko „przywitać się” z książką, a z trudem oderwałam się od niej w okolicach 50. strony, kiedy rozsądek już wołał: spać!

Tam, gdzie swoją historię opowiada matka, nie umiem czytać bez emocji. A tu słyszę relację dwóch matek i cały czas jestem po stronie jednej z nich…

Powojenna Warszawa, zaplątane ludzkie losy, utracona miłość i nieszczęście, które zwala z nóg. Ile razy można próbować budować swoje szczęście od nowa? Ile razy można zaufać?

Przejmująca i bardzo osobista relacja, choć narratorka oddała głos komu innemu. I właśnie to, że każda nadzieja i każdy dramat rozgrywają się na naszych oczach, nie pozwala się oderwać.

Jak bardzo chciałam pomóc Annie znaleźć miłość, przekonać Julię, zatrzymać Joasię… a potem – odsunąć Julię, przekonać Joannę…

Przeżywałam z nią każdy dzień wojennej Warszawy, byłam tam. Nawet nie pytałam siebie, czy podjęłabym taką samą decyzję – przerosłaby mnie. Od razu znalazłam się w środku, gotowa przejść każdy krok i doświadczyć każdej chwili.

I nie śmiem oceniać. Smutno mi jej smutkiem, żal jej żalem, nie rozumiem jak ona nie rozumiała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *