Maureen Lee: Wrześniowe dziewczynki

Ludzie się zmieniają, nie zawsze są tacy, jak nam się wydaje, co ma swój pozytywny, ale i negatywny wydźwięk. Dla mnie o tym najbardziej jest ta (o)powieść. O kobietach, o małżeństwie, o relacji matka-córka i o nieoczekiwanych zmianach losu, o przyszłości, która w jednej chwili wydaje się pewna, żeby już za moment przekształcić się nie do poznania.

Brennę i Eleonorę dzieli wszystko – pochodzenie, status materialny, rodzinne więzy, a najbardziej – nastawienie do świata. Łatwo je obie ocenić, przypisać im niezmienne cechy, przewidzieć ich przyszłość, a nawet przyszłość ich dzieci.

A jednak przychodzi taki czas, gdy zmienia się wszystko i przestajemy być pewni podziału: „pozytywny bohater”, „negatywna postać”. Książka przestaje być tylko autorskim wymysłem i zaczynamy przypominać sobie sytuacje zgoła nieliterackie, kiedy jakaś ocena – ludzi, zjawisk, okoliczności – być może przyszła nam zbyt łatwo i jakoś tak… powierzchownie?

Cudny sposób opowiadania, kiedy narrator, wyprzedzając skutki wydarzeń, skłania nas do szybszej lektury, bo czy aby na pewno tutaj się nie pomylił? Czy to jakiś błąd w druku? Autorska pomyłka? Chcę to już wiedzieć…

Tytułowe „wrześniowe dziewczynki” to córki Eleonory i Brenny – Sybil i Cara, urodzone tego samego dnia. Choć ich losy są główną osią powieści, nie powinny nam umknąć dzieje ich bliskich. I kto wie, czy nie najważniejsze rzeczy dzieją się właśnie „obok”, wspominane niby mimochodem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *